środa, 28 października 2009

Zmota... 40 - latek.

Już po legendarnej Zmocie. Tak naprawdę, to odkąd usłyszałem opowieści Wojtka M na temat tej imprezy, uznałem ją za wypad, na który musimy pojechać. Wrażenie było stopniowo potęgowane przez ludzi na Zmotce i Mazowieckich, aż w końcu franc dokręcił śrubkę na Łaskarzewie. I stało się.
Kupę roboty było, jeszcze do (sic!) 12 w czwartek samochód nie odpalał. Nowa wyciągarka zakupiona tydzień wcześniej. Nagrzewnica, oświetlenie i kupę innych drobnych, ale ważnych dupereli.
Ale stało się, bezpośrednio po szkole, czwartek, godzina 15 z minutkami, ruszamy, kierując się na Burniszki koło Wiżajn. Po drodze spotykamy dwie lawety, jednak z braku Cb, nie zdołaliśmy się skontaktować. Około 21 jesteśmy w Burniszkach pod numerem 2, zabawa już wre. Robimy mały zwiad na bazie i po prostu udajemy się spać.
Piątek. Godzina poranna, nie wiem nawet, która. Jesteśmy na bazie, gdy zapełnia się ona jeszcze samochodami, chłodek dobudza, łazimy, oglądamy, gadamy. W końcu pojawia się Marcin z ekipą, rozpoczyna się rozdawanie roadbooków, dostajemy piękne nalepki (ta na frontową szybę jest niesamowita) i zestaw do samosięobsłużenia. W końcu przychodzi czas francowej mowy i odprawy na temat trudności na trasie, przemyśleń o idei off-roadu, kilku wskazówek dla początkujących, refleksji o życiu i wspomnień PRLu.
Jeszcze jedna krótka odprawa bezpośrednio od Fredka, ruszamy na trasę. Dostajemy start na Marka, na pieczątkę Dupę. Trochę błądzimy z powodu braku metromierza i od razu pierwszy zdziwienie i wielkie oczy z powodu gościnności ludzi. Bo stało się tak: szukając drogi wpadliśmy na podwórko. Jakieś 4 terenówki, zajęliśmy nagle cały placyk. I zanim pomyślałem o tym, by wyjść i kogokolwiek się zapytać o kierunek, kobitka, na oko tak 70-letnia, dosłownie wybiegła z domu, dobiegła do okna i zaczęła nawet bez pytania podawać odpowiedni kierunek. I bez słowa narzekania na nas na swojej posesji zaczęła opowiadać, co się działo w zeszłym roku, życzyła powodzenia i pożegnała nas z uśmiechem.
Dojeżdżamy na Dupę, pierwsza konfrontacja ze Zmotowym terenem. Ubieram wodery, zręcznie przeskakuję po kępach, czuję, jak wszystko, łącznie z drzewkiem pieczątkowym się rusza. Podłoże twarde, raczej będziemy atakować. Wyleczyłem się jednak z tej myśli, bo sprawdzając drogę alternatywną dywanik się pode mną, że tak rzeknę, zapadł, i dosłownie i w przenośni otrzymałem zimny prysznic. Woda w woderach, mokre spodnie, pięknie.
Tutaj uwiecznione, jak chłopaki zaliczają Dupę:


Jedziemy dalej, wpadamy na Akcję Bankiet, po drodze zaliczając Żwirownię. Z lekka przykorkowaną, rozpoczynamy ją od zjazdu, potem dołem, przez strumyk i kapica.
Gela ma trakcję, ale nie może za nic wyskoczyć ze strumyka, dodatkowo, nie wiemy czemu, ale coraz bardziej się przechyla na bok, jeżdżąc tak w przód i tył.
Już tylko trzy koła:


Jednak, mimo trudności, zaliczamy na tej próbie komplet, duże dzięki dla chłopaków z Hiluxa, którzy pozwolili, byśmy się do nich podczepili.
Następną próbą jest przepiękne 07 Zgłoś Się, którą jedziemy od dołu. Nie mieliśmy metromierza, który się spalił, dodatkowo coś tam pokręciłem w nawigacji, bo była niepewność czy to jest 1800 czy 800 metrów, ale nieważne. Ważne, że w końcu znaleźliśmy.
I tu, pomijając metromierz, zaczyna się pasmo nieszczęśliwych wydarzeń, które stopniowo prowadzą do tego, że będzie co robić w zimę przy samochodzie, oj będzie.
Przy pierwszej pieczątce wypadła nam przetyczka od haka, małe, a denerwuje. Oczywiście powinna gdzieś być, a na złość jej nie możemy znaleźć. W końcu patent z szeklą, też dobry. Dalej kolejna piecząteczka, a dalej już sam wąwóz.
Zaczynamy, pieczątki wyglądają na trudnawe, chociaż są głównie siłowe. Zaliczamy obydwie, i MNICHA i Trawers, bez większych problemów, ot 2-3 minuty wincha, minuta do dołu, 5 minut przepięcia (bo łażenie po tym zboczu też było ciekawe i godne pieczątki), znowu 2-3 minuty wincha, minutka do dołu, tata manewruje w rzece.
I piękny widoczek:


No i tutaj kłania się konieczność zakupu interkomu. Nie dogadaliśmy się i powstała nieścisłość w planie. No i z tej nieścisłości powstaje nowe dziecko jakim jest chrzęst, chrupnięcie, łomotanie, czy cokolwiek innego.
Poszedł przegub. Kurde, co za pech. Odwracamy się wyciągarką i próbujemy wyjechać na drogę. Ten błotnisty i de facto prawie płaski kawałek pokonujemy na dwie wyciągarki, bo Gela tańczy jak dzika, w ogóle nie trzymając się kierunku jazdy.
Wyjeżdżamy z 07. Jedziemy sobie po roadbooku na spokojnie, wiedząc, że nie możemy szaleć. I cały czas słuchamy odgłosów z przedniego mostu. Zaliczamy parę względnie prostych pieczątek na próbach Dworzec Centralny i Wahadełko.
Pech nas trzyma i przypomina o sobie, gdy wjeżdżamy na jedyny pieniek w obszarze i to jeszcze tak centralnie, że grucha nie chce przejść, a półoś by spokojnie przeleciała nad nim. Tutaj momentalnie z pomocą przyszedł Szczur i nim się obejrzałem samochód znów był jeżdżący.
Dojeżdżamy na PRL. I tu kolejna opowiastka. No bo, na samym początku Pomożecie? Pomożemy... Darek już lekko zmienionym głosem się zapytał: "Chłopaki, nie macie może srajtaśmy? Bo nasza jest głęboko, a ja już chyba mam termin." Długo więc się nie zastanawiając popędziłem po zbawczy papier do Geli, ale i tak nie zdążyłem. I gdy już chcieliśmy wrócić do samochodu, okazało się, że zgubił się klucz do Geli! A raczej ja go zgubiłem. I nie ma innego.
Zaczęła się zabawa z otwieraniem drzwi. W końcu, nasz rocznik '83 i jego super zabezpieczenia dają za wygraną i drzwi stają otworem. Potem stacyjka. I blokada kierownicy. Ale w końcu maszyna uznaje wyższość dwóch panów o mglistej przeszłości (żartuję oczywiście), którzy nadpodziw sprawnie się z tym wszystkim rozprawili.
Ruszamy. Jedziemy w stronę bazy Zjednoczenie. I po raz kolejny, bagaż pecha jaki wieźliśmy ze sobą o sobie przypomina, bo na asfalcie, na praktycznie prostej drodze, odkręca nam się KOŁO. I to śruba po śrubie, chyba ktoś się zaczaił na nasze życia i je poodkręcał, bo wykręciły się jak w choreografii. Zebrane na odcinku jakichś 10 metrów na asfalcie zostają ponownie wkręcone. Tylko w jednej gwint się uszkodził i niestety nadaje się tylko do poprawki u ślusarza.
Tata jechał na tyle wolno, że koło NIE WYPADŁO z nadkola!:


Koniec końców udaje nam się dojechać, ciepła grochóweczka, towarzystwo gadające. Po jakichś 30 minutach wpadają Szczury. Wynik jest taki, że jechaliśmy TYLKO DOJAZDÓWKĄ z niespodziankami praktycznie tyle czasu co oni robili CAŁY PRL. Fajnie, nie?
Wracamy do Burniszek, żeby nabrać sił przed następnym dniem. Plan jest bardzo ambitny, by wstać o 4:45 i o 5 z haczykiem być już w trasie. Oczywiście nie wypala, do Geli wsiadamy po 7, ale przynajmniej ciepło jest. Ruszamy na PRL, bo takie jest założenie, że w końcu musimy go przejechać. Dojeżdżamy do zjazdu, w nocy nie wyglądał aż tak strasznie. Decyzja jest krótka, musimy go robić tyłem do dołu, bo nam w innym razie liny na wyciągarce nie starczy. No to jedziemy, pierwsze podejście, pieczątka przybita i teraz odliczanie, MINIĘTA RAZ.
Zjeżdżamy do dołu, niestety samochód w ogóle nie daje sobą kierować, więc winch do góry, żeby się poprawić. MINIĘTA raz DRUGI. Teraz do dołu, pieczątka minięta już TRZECI raz. Znowu się nie udało minąć kilku drzew. Chcieliśmy się poprawić wyciągarką tylną, lina pęka, faktycznie nie była najlepszych lotów, ale, że walnie przy tak małym obciążeniu nikt się nie spodziewał, szczególnie, że ciągała już więcej. Robi to jednak w pokojowy sposób, nikomu się krzywda nie dzieje. Staramy się z powrotem do góry, tym razem już na zbloczu bo wyciągarka przysiada. No i kolejny zonk: syntetyk wkręca się w zblocze! Z pomocą przyszedł (już dużo wcześniej w sumie) Szejk, który nas wyciągnął z tej matni. A pieczątkę minęliśmy już 4 raz.

Perspektywiczny widoczek pejzażowy:
Potem dojeżdżamy na bazę, odpuszczamy całkowicie Kobietę, oglądamy 40-latka, dojeżdżamy na Pewex, robimy tylko pieczątkę na początku. I zabieramy tłumnik, który ktoś zostawił w tym bagnie. Dalej Inżynier Gajny i Baltona, takie nie za trudne próby, które dają nam sporo satysfakcji. Zdajemy kartę gdzieś około 15:30, pieczątek w sumie 18/51, więcej niż 1/3 :)
I takie było założenie. Jeszcze powłóczyliśmy się za nimi, bo mieli jakiś dym wyjaśniać na Czterdziestolatku, a tam tak mało efektywnie, flaszkę wyciągnęli i chłopa zmanipulowali tylko. :)
Bankietu nie będę opisywał, nie ma w sumie po co, bo wszyscy widzieli. Dodam tylko, że było GRUBO :), tylko mało trunków dla ludzi niepijących. I mamy resztki statuetki Szczura za PLP, samo logo. Ciekawe, ładne.

Generalnie było miło. Muszę powiedzieć, że franc z ekipą odwalają kawał dobrej roboty. Gratulację i życzę wszystkim nam spotkania za roczek w tym samym magicznym miejscu.

Pozdrawiam, Adaś



1 komentarz:

  1. Adaś, masz talent do tych opisów:) Kto był ten wie;)
    PiotreK LR Seria - byliśmy razem na Baltonie
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń