Założenie: jedziemy w PL2.
Zaczęło się od tego, że jeździmy samochodem, więc trzeba takowy mieć sprawny i działający, a my nie mamy. Szczególnie jeśli chodzi o klasę elektryków. Dlaczego? Bo nie mamy wyciągarki...
Ale i ta się znalazła. Udało się odhaczyć główne cele 'do zrobienia', spakować się, i o 9:02 pojawić się w Łaskarzewie.
Szybka rejestracja, odprawa i wyjazd na trasę. Dostaliśmy start całe 600 m za miasto więc myśleliśmy, że trafimy na jakiś lajcikowy kawałek, nierozjeżdżony, potaśtasiujemy sobie, pokombinujemy, a tu zonk.
Trafiliśmy na coś, co organizatorzy nazywali 'Pasternikiem' bodajże. Łąka poprzecinana rowami i korytami błotnymi, brak drzew, pięczątki na porozrzucane, ja osobiście znalazłem tylko 2 z 4.
Pakujemy się w pierwszy rowik, oczywiście momentalnie winch i do drzewa, w sumie jedynego bliższego i większego niż krzak.
Idzie całkiem nieźle, przesuwamy się w ciągu paru chwil te kilka metrów, w asyście komentujących strażaków.
Coś jednak zaczyna się dziać. Wyciągarka wyraźnie przysiada, tata ma zrezygnowaną minę, nagle zdaję sobie sprawę, że słyszę silnik wyciągarki, ale niestety lina się nie zwija. Szybka rozmowa i dedukcja: rozsypał się któryś z elementów typu planetarka, wałek czy coś. Decydujemy się na odwrót.
I jakoś tak wyszło, że do tyłu nie ma praktycznie żadnego punktu zaczepienia. Po jakiejś godzinie wygrzebujemy się z matni, czepiając się słupa energetycznego, jakiś bloków betonowych na ziemi, i krzaków. Te ostatnie musiałem trzymać, czułem, jak się przewalam razem z nimi. Jakoś jednak się udało.
Tu zdjęcie owych ratujących życie badyli:
Podejmujemy decyzję, zrywamy kartę, przechodzimy w turystykę, dzwonimy do organizatora, dostajemy pozwolenie.
Jedziemy sobie spokojnie po roadbooku, dojeżdżamy po jakimś czasie na stawy do Bogdana.
W czasie gdy ja przechodze sobie na piechotkę próby dla ekstremu i podbijam pieczątki, jestem atakowany przez inne załogi i fotografowany (co to za nowy sposób łapania punktów, proszę Pana? ty, Mietek łap chama, karte sobie odkręcił i pieczątki podbija!) tata rozkręca wyciągarkę.
Okazuje się, że przyczyna była trywialna, to trochę nasz błąd z czasu składania sprzęta, klin na wałku nie był dobrze wciśnięty i przeskakiwał.
Znowu rozmowa z orgiem, możemy jechać w PL2 z powrotem, plombują nas od zera, z czystą kartą zaczynamy zabawę o 14.
Jedziemy na coś nazywanego przez ekipę pod namiotem 'Bobrowiskiem', w bólach i kombinacjach, w jeździe na bloczku i innch zaliczamy trzy pieczątki, zajmuje nam to prawie 3 godziny. Właśnie to jest to całe 'Bobrowisko'.
.
I ja jako pilot:
I tu jeszcze nasz czołg:
Następnie, tata robi próbę sprawnościową polegającą na łażeniu po linie. I w ciągu 5 minut dostajemy 4 pieczątki. Ironia losu. Ale w sumie jest ok.
Zaliczamy jeszcze bajeczną pieczątkę w stawiku, przy okazji trochę się myję i nie ważę już +20 kilo.
Zostało nam jeszcze jakieś 4o min do bazy, więc na trakcji, powolutku, zaliczamy jeszcze parę piecząteki, znajdujemy jakieś hasła, jesteśmy punkt 17:58 w szkole, czekamy chwilę w kolejce, jest super.
Z bankietu nic nie pamiętam. Dlaczego? Bo mnie nie było. Dlaczego? Bo się Krazem na przejażdżkę wybrałem i jakoś tak było nie po drodze wracać, konkretniej: Kraz się zakopał.
Po wielu kombinacjach ostatecznie wracamy do bazy, jest jedenasta.
Słucham Franca opowiadającego nt. Zmoty, Rutki, Natury2000 i innych spraw z nimi związanych.
Drugi dzień przywitał nas chłodem, deszczem i innymi umilaczami. Wskakuję w mokre ciuchy, jemy śniadanie, wyjeżdżamy na trasę. Jedziemy sobie powolutku rozglądając się za tymi podobno wielkimi i widocznymi numerami. Koniec końców znajdujemy jeden. Zaliczamy parę względnie prostych pieczątek, odpuszczamy sobie piaskarnię, jeździmy sobie relaksacyjnie, uśmiechnięci od ucha do ucha.
Gela na piaskarni (tej 'do zrobienia'):
Ostatecznie po zamknięciu pętli, zrobieniu wszystkich prób sprawnościowych, pooglądaniu Kraza, znalezienu jednego numerku, wyjeżdżeniu się, wracamy na bazę, podliczają nam punkty, wychodzi 400.
Daje nam to 10/16 miejsce w elektrykach, pierwsza dziesiątka :)
No i super, niezależnie od lokaty czy innych dupereli, zabawa była przednia, nawet bardzo. Wyjeździliśmy się, lista spraw do zrobienia na następny rajd już jest, zasnąłem w drodze powrotnej, to oznacza, że było naprawdę grubo.
Aha, według mnie Fair Playa powinni dostać strażacy, w końcu wygrzebywali Kraza pół nocy i cały dzień.
Dzięki stokrotne Łaskarzewowi, było fajnie, do zobaczenia przy następnej okazji.
Pozdr.
Adaś